WIDMOWA STREFA – RECENZJA

Paul Thomas Anderson jest reżyserem genialnym. Stwierdzenie to nie jest bynajmniej jedynie frajerskim wyznaniem fana, choć nie ma sensu ukrywać, że moja admiracja dla jego kina ma długą historię. Wszystko zaczęło się od lat nastoletnich, od seansu Magnolii. Niesamowity, duszny i gęsty klimat, gąszcz filmowych cytatów i inteligentne referencje, znakomita gra aktorska wsparta o błyskotliwy scenariusz – wszytko to opętało mnie w bezprzykładny sposób. Dalej było już tylko lepiej. Lewy sercowy zdekonstruował komedię romantyczną czyniąc z niej neurotyczny koktajl gatunkowy z nieoczekiwanie znakomitym Adamem Sandlerem i bezbłędną Emily Watson. Aż poleje się krew był już skończonym arcydziełem, które dosłownie wbiło mnie w fotel. Paranoiczna atmosfera, fabuła przybierająca niemal alegoryczny kształt i przede wszystkim porywająca kreacja Daniela Day Lewisa – wszytko to sprawiło, że obraz ten znalazł się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych filmów. Jeszcze na dokładkę Mistrz; fantazja na temat kulisów powstania sekty scjentologicznej z nieodżałowanym Philipem Seymourem Hoffmanem i Jaquinem Phoenixem w rolach głównych. Nie sposób nie wspomnieć Wady ukrytej ze wspominanym wcześniej Phoenixem, brawurowej adaptacji powieści Thomasa Pynchona. Nikogo nie zdziwi zatem, że zapałem do Andersona prawdziwym uczuciem. Na najnowsze dzieło filmowca czekałem z zapartym tchem.

Nić widmo to dzieło bergmanowskie, jeśli z nazwiskiem słynnego klasyka kojarzymy aurę niedopowiedzenia, poczucie klaustrofobicznego zamknięcia w konwencji i kipiące pod powierzchnią pozornie całkowicie oddanego w pacht rytuałom życia, niewyznane uczucia. Powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia z niebanalną historią miłosną, to nic nie powiedzieć. Głównym bohaterem jest, genialnie zagrany przez Daniela Day Lewisa, ceniony twórca damskich ubrań Reynolds Woodcock. Prowadzi on nad wyraz uporządkowany żywot, całkowicie opanowany przez pracę. Każdy gest zdaje się być starannie odmierzony, każde posunięcie wykalkulowane. Zbudował w swoim domu połączonym z pracowniom osobliwe imperium. Mając na swoich usługach krawcowe a jako prawą rękę niezwykle kompetentną i dyskretną siostrę Cyril (w roli tej emanującej chłodem damy niezrównana Lesley Manville), odgrodził się szczelnie od świata zewnętrznego, tworząc sobie własne uniwersum, jedynym celem istnienia którego jest produkcja pięknych strojów. Pojawiające się w jego życiu miłosne partnerki zdają się być jedynie niekoniecznym dodatkiem. Otoczenie Woodcocka przypomina tworzone przezeń suknie: odznacza się pustą, wystudiowaną elegancją. Żądza doskonałości sąsiaduje tutaj z nieoczywistą, mentalną przemocą. Reynolds powołuje do istnienia osobliwe sanktuarium bez boga, otacza zbożnym kultem rutynę, która swoim bezbłędnym funkcjonowaniem przywodzi na myśl precyzyjny mechanizm. Jednak nicość drąży ową, pozornie idealną egzystencję Woodcocka. Nic nie ukazuje tego stanu rzeczy lepiej niż pojawienie się na jego horyzoncie nowej miłości, Almy ( Vickey Krieps).

Najnowszy obraz Andersona kontynuuje obecne w jego twórczości tematy takie jak: parareligijny charakter świeckiego ideału wydajności, toksyczną naturę wszelkich międzyludzkich związków, niszczącą pogoń za doskonałością. Robi to po mistrzowsku. Jak zwykle amerykański reżyser powołuje do istnienia zupełnie osobny kosmos, oparty o obce codzienności zasady, w którym jednakowoż, jak w zwierciadle, przeglądają się najbardziej utajone emocje. Podobnie jak w Aż poleje się krew, tutaj również wraz z postępem intrygi budowane jest psychologiczne napięcie, które wyładowuje się w zupełnie nieoczekiwany sposób. Nić widmo to także na wskroś autotematyczna opowieść o relacji pomiędzy sztuką a życiem, o cenie jaką przychodzi zapłacić za dążenie do absolutu. Obserwując jak kruszy się równowaga, jaką Woodcock pozornie osiąga dzięki swoim quasi-obrzędowym zabiegom możemy zrozumieć, że żadna, nawet najbardziej pojemna fikcja, nie jest w stanie pomieścić chaosu egzystencji. Najnowsze dzieło Andersona w pełni sprostało moim oczekiwaniom. Wyszedłem z kina naprawdę urzeczony. Ten film to kolejne arcydzieło w dorobku Paula Thomasa Andersona. Wszystkim miłośnikom ambitnego i niebanalnego kina serdecznie polecam. Moja ocena 9/10 pkt.

Autor: Grzegorz Marcinkowski

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *