MUZYCZNA NIRWANA – RECENZJA

Ta muzyka zainspirowała mnie do zainstalowania hamaka na balkonie pokomunistycznego bloku, który do niedawna jeszcze składał się z 99,9% azbestu. Moja psychika odfrunęła gdzieś do dalekich zakątków świata, zwanych przez wielu „rajem”. Do tej pory, gdy tylko włączam krążek „Parsley”, zamykam oczy i wszystkie troski odlatują niczym puch dmuchawca na wietrze.

Istnieją tacy ludzie na świecie (również w tym kraju), którzy potrafią zarazić pozytywną energią. Osoby, które ładują nam nasze baterie. Do takich osób zalicza się (dawniej aktorka) teraz wokalistka, przecudnej urody kobieta o aksamitnym głosie – Julia Pietrucha. Wierzcie lub nie, ale swoją debiutancką płytą wspięła się na wyżyny. Dzięki krążkowi „Parsley” osiągnąłem stan nirwany… Pomimo, że jestem facetem, który wychował się na metalu i muzyce rockowej, to do pełni szczęścia i stanu błogości brakowało mi właśnie tej płyty.

Niewątpliwie jest to dzieło inne od reszty. Ewenement na polskim rynku muzycznym. Jak twierdzi sama artystka, chciała przesiąknąć tą płytą i by ta płyta przesiąkła nią. I to się w pełni udało. Już sama okładka „Parsley” przedstawia to, co gra w sercu Julii. Jest wielobarwna, wywołuje uśmiech na twarzy – podobnie jak muzyka wypalona na plastikowym krążku. Utwory są bogate instrumentalnie. Pojawia się gitara klasyczna, wiolonczela, fortepian, pianino i dziwne instrumenty przypominające tarkę do prania. I choć debiut Julii to wymieszanie gatunków, to jest to zrobione w sposób przemyślany i spójny. Od rytmów hawajskich, przez jazzowate i swingujące kompozycje, na balladach kończąc. Czuć bardzo mocne poczucie wolności, w każdej z albumowej pozycji.

Mieliście kiedyś tak, że słuchając jakiegoś utworu, czuliście piasek pod stopami, a waszą twarz oplatała morska bryza? Nie? To piosenki „Living on the island”, „Where You going tonight” „Little more” na starcie wam to zagwarantują. Miękki niczym miś Coccolino wokal w połączeniu z dźwiękami ukulele sprowadza na skronie ukojenie. Ale jeśli ktoś myśli, że cała płyta jest w takim klimacie, to się grubo myli, ale do tego wrócę za chwilę. Na pochwałę zasługuje nie tylko sama muzyka, ale również teksty piosenek. Są przemyślane, poruszają życiowe prawdy w sposób lekkostrawny. Oczywiście głównymi wątkami są miłość, samotność i cele, jakie obieramy, czasem pochopnie, czasem błędnie, ale zawsze są one „nasze”. Wszystkie teksty tworzą po prostu historię… która w realnym świecie może być napisana przez każdego z nas.

Podrygujący Moonshine 

Ta płyta jest o tyle niezwykła, że zarówno teksty, jak i melodie pozwalają nam nie tylko wybrać w mentalną podróż, ale i cofnąć w czasie.  Kojarzy mi się to ze skutkami wypicia wysokoprocentowego, ręcznie robionego napitku (z amerykańskiego „moonshine”), do którego wrzucono twoje ulubione egzotyczne owoce. Bo nagle po rytmach godnych „Żaru tropików”, przenosimy się w czasy prohibicji. Ten klimat unosi się w utworze „Stand Still” czy „Ship of Fools” – choć ten drugi może skojarzyć się z wyprawą parostatkiem po Mississippi. Kolejny port to „Swing Boy” – i jesteśmy w Kalifornii wczesnych lat ’90. I tu osobiście poczułem się (nie wiedzieć czemu), jak Vincent Vega tańczący z Mią Wallace. Słuchając tych kompozycji przed oczyma pojawiały mi się takie gwiazdy, jak Nancy Sinatra czy Liza Minnelli. Muzyka w bardzo dobrym guście, z odrobiną swawoli.

All i all…

Cytując Julię z jednego, z jej nagrań na FB: „A co to to, a co to to jest?” – a to jest 10/10, bo tyle właśnie daję punktów za ten krążek, który wprowadził trochę radości i ciepła w tym smutnym jak… kolonia karna kraju. Dlatego tym bardziej nie mogę doczekać się Jej koncertu w Pałacu Kultury Zagłębia 15 października o 18.00!

parledsy

Autor: Olaf Otwinowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *